wtorek, 20 sierpnia 2013

Prolog

Ciemność otuliła świat grubym szalem. Jedynym źródłem światła były gwiazdy i cienki rogalik księżyca, próbujący przebić się przez gęste chmury. W takie noce jak te bardzo łatwo popaść w melancholię, poczuć ciepłe łzy płynące po policzkach, dać się zniszczyć wspomnieniom. Madeleine nie była wyjątkiem ani odstępstwem od reguły. Otulona kocem siedziała na szerokim parapecie i pustym wzrokiem wpatrywała się w ośnieżone chodniki oraz nagie drzewa. Nawet najlżejszy podmuch wiatru nie poruszył czarnymi gałęziami bez liści. Cały świat był uśpiony, nie podzielał jej obaw. Cienka tafla szkła oddzielała ją od tego chłodnego spokoju. W zaciśniętych palcach trzymała kubek z zimną już kawą i uparcie nie odrywała spojrzenia z wąskiej ulicy biegnącej przed jej domem.
Bała się. Całe jej drobne ciało drżało, serce biło w piersi niczym ptak pragnący uciec z klatki, wręcz czuła jak krew buzuje jej w żyłach. Którą z kolei noc spędzała przyciśnięta do oszronionej szyby, bojąc się nawet mrugnąć czy odwrócić? Kobieca intuicja podpowiadała jej, że dzisiejszego wieczoru wszystko się rozstrzygnie. Instynktownie wyczuwała śmiertelne zagrożenie, mimo to nie panikowała. Swojego życia nie mogła zaliczyć do udanych przedstawień, większość czasu spędziła we Francji samotnie płacząc nad butelką wina. Krótkie promienie radości szybko gasły: albo ktoś odbierał jej szczęście, albo ono samo uciekało, jakby bojąc się pozostać przy tak pechowej kobiecie. Być może śmierć byłaby najlepszym rozwiązaniem?
Westchnęła ciężko, pozwalając sobie na przymknięcie opadających ze zmęczenia powiek. Gdy po kilku sekundach znów wbiła szkliste oczy w widok za oknem, poczuła jak wzdłuż kręgosłupa przebiega jej zimny dreszcz. Natychmiast pożałowała chwili nieuwagi... Przed ogrodzeniem zaparkował długi, czarny samochód, z którego wyskoczyły trzy postacie. Z pewnością byli to mężczyźni. Ostatni otworzył drzwi od strony pasażera i po chwili z wnętrza auta wyłonił się ostatni człowiek: wysoki, ubrany na czarno, na głowie miał kapelusz. Zauważyła, że w dłoni trzymał pistolet, reszta jego kompanów również wymownym gestem poklepała się po kieszeniach... Co chcieli jej zrobić? Na pewno nie zamordują jej szybko i bezboleśnie. Przed śmiercią upokorzą ją, nawet gdy już wyda ostatnie tchnienie jej ciało nie zazna spokoju w czarnej ziemi. Była tego pewna, mimo to nie potrafiła się ruszyć nawet wtedy, gdy usłyszała niecierpliwe walenie do drzwi, nawet wtedy gdy w całym domu echem poniosły się ciężkie kroki.
Przyszli po nią.


.oOo.
Prolog pozostawiłam bez zmian, ponieważ jest jedynym takim rozdziałem, z którego jestem w pełni zadowolona :) Mam nadzieję, ze wytrzymam przy tym blogu dłużej niż miesiąc...